9/23/11

you're nobody 'till somebody loves you

(ph. Ola Śliwa/ wearing Storets coat, second-hand tshirt, zara trousers, street shoes)

164 komentarze:

If you can't see your comment or my answers click 'Load more' :) / Jeśli nie widzicie wszystkich komentarzy albo moich odpowiedzi, kliknijcie w 'Load more' :)

9/16/11

zderzacz hadronów


Moje wypociny pierwszy raz w gazecie. Uznałam, że nie ma się co obijać, każde doświadczenie się liczy, więc w letnim wydaniu F5 możecie przeczytać mój tekst o blogowaniu. Prawdę mówiąc, tworzyłam go raczej dla ludzi, którzy mojego bloga nie znają, więc jako moi Czytelnicy jakiś niesamowitych nowości i informacji tu nie znajdziecie, ale pochwalić się musiałam ;)



Założę się, że większość z was chociaż raz w życiu (podczas buszowania w Internecie w poszukiwaniu butów/śmiesznych obrazków/przepisu na guacamole) natrafiło na stronę ze zdjęciami dziewczyny wyginającej się do obiektywu, prezentującej w ten sposób przygotowane przez siebie zestawy ubrań. Tym się właśnie zajmuję – przedstawiam szerszej publiczności swoje ubrania. Raz na jakiś czas coś tam innego napiszę, coś zauważę, polecę. Głębszej motywacji tu nie ma i tworzyć jej nie zamierzam, bo i nie ma po co.

Wszystko zaczęło się w pierwszej klasie gimnazjum. Wirus blogowania dotarł do mnie zza oceanu, a ściślej mówiąc – z Kalifornii. Początki były nieśmiałe, blogi przeglądałam w ukryciu i potajemnie marzyłam o założeniu własnego. Mama, zaglądając mi raz przez ramię, napomknęła coś o „dziewczynach, które nie mają nic do roboty, tylko pokazywać ubrania”. Tym, jakże godzącym w moje marzenia komentarzem utwierdziła mnie w przekonaniu, że lepiej działać w ukryciu. A więc tak robiłam. Za dnia zachowywałam pozory, za to wieczorami ze statywem, cyfrówką ustawioną przy drzwiach w małym pokoju, tworzyłam pierwsze zdjęcia. Mój plan działania był, nieskromnie napiszę, genialny, a wydała mnie... moja strona internetowa, którą zostawiłam przez przypadek otwartą. Rodzice chyba już wiedzieli, że nie ma dla mnie nadziei.

Nie sądziłam, że uda mi się coś w tej dziedzinie osiągnąć. Marzyłam, owszem, ale przecież marzy się głównie o rzeczach nieprawdopodobnych. Rok po założeniu Raspberry and Red zaczęły się dziać rzeczy niesłychane – pojawiłam się w pierwszych gazetach polskich i zagranicznych, a blog z dnia na dzień zyskiwał sobie nowych czytelników. Wraz ze wzrostem liczby obserwatorów, pojawił się także wzrost ilości komentarzy, tych pozytywnych i negatywnych.
Nie bałam się krytyki, ba, ja sobie na nią gwizdałam! A było tak, dopóki mnie ona nie dotknęła. Okazało się, że niemiłe słowa bolą. Bo według kogoś miałam krzywe nogi, ktoś twierdził, że jednak za proste, według kogoś ubierałam się zbyt zwyczajnie, żeby prowadzić bloga, inna osoba natomiast twierdziła, że za bardzo się wyróżniam. Wraz z upływem czasu nauczyłam się jednak czerpać przyjemność z takiego rodzaju twórczości czytelników. Bo jak tu się nie zaśmiać, czytając analizę moich kości policzkowych?!

Przyszedł i czas pierwszych zaproszeń „z wielkiego świata mody”. Ja jeździć sama nie mogłam, obserwowałam tylko z boku poczynania blogerek w show-businessie. Ale jednak nadeszła w końcu moja pierwsza „duża impreza”, a rozczarowanie po niej zostało do dzisiaj. Chmary paparazzi przepychających się, by zrobić kilka zdjęć aktorce jednego serialu, naburmuszony stylista, którego nazwiska nie znam, komentujący zjadliwie każdego na scenie, mnóstwo ludzi z miną, która nie zachęcała do rozpoczęcia rozmowy, a pośrodku tego wszystkiego Weronisia z dziadkiem i koleżankami jako towarzyszami podróży. Czy polską modę interesują wyłącznie celebryci i darmowe jedzenie? Czy doczekamy się chwili, kiedy redaktor naczelny gazety będzie wzbudzał większe zainteresowanie od pogodynki? Ja ekspertem do spraw otwarć butików, rozdań nagród nie jestem, bo uczestniczyłam na razie tylko w jednym przyjęciu tego typu, ale ten jeden raz wystarczył mi, aby zorientować się, o co w tym wszystkim chodzi. A chodzi nie wiadomo o co.


Poprzez mój blog wystawiam swoją twarz i część prywatności na osąd publiczny. Każdy może mnie zobaczyć, każdy może powiedzieć, co o mnie myśli. Plusem jest, że to jednak nadal ja, decyduję ile i co o mnie wiedzą inni. Dawkuję odpowiednie informacje, publikuję tylko wybrane zdjęcia. Jestem PR-owcem, stylistką i pisarką. Można by blogowanie nazwać już pracą, ale że praca często kojarzy się z czymś mało przyjemnym, zostanę przy określeniu: przyjemność, w którą trzeba włożyć wysiłek.

Bo blogowanie wydaje się proste, ale nie zawsze takie jest. Najpierw trzeba coś wstawić na stronę, czyli zdjęcia. Sesja to najmniej lubiana przeze mnie część prowadzenia bloga. Męczące jest to i dla modelki (czyli dla mnie) i dla fotografa (moi przyjaciele mają już spore doświadczenie w tej dziedzinie!). Otoczenie odgrywa tu bardzo istotną rolę, tło musi pasować do charakteru ubrań, a jeśli, dajmy na to, kolor sukienki zgra się z kolorem liści, to już zupełna idylla! Zaczyna się żmudne pozowanie, najpierw zdjęcia pionowe, potem poziome, ¾, detale i można się zbierać. Zanim jednak to nastąpi, trzeba sprawdzić ostrość i oświetlenie zdjęć. Gdy wszystko wydaje się być w porządku, można przejść do kolejnego etapu, czyli tekstu. Coś jednak na tym blogu trzeba napisać. Przyznam się szczerze, że często mi się tego robić po prostu nie chce i zamiast ciekawego opisu moich życiowych poczynań, wklejam tekst piosenki i idę spać. Z reguły jednak staram się coś sensownego przekazać - bez przesady, nie jestem znowu aż tak leniwa!
Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze stały kontakt z czytelnikami. Każdy sukces zawdzięczam moim czytelnikom, więc wypada odpowiadać na ich pytania i komentarze. Ta część pochłania większość mojego czasu, a i tak skrzynkę mam pełną wiadomości czekających na odpowiedź. Postanawiam jednak poprawę i już chyba wiem, jak mi upłyną pierwsze dni wakacji...
Nie wolno zapomnieć o byciu swoim osobistym PR-owcem. W końcu bloger, chcąc nie chcąc, kreuje swój wizerunek w Internecie. Piszą różne firmy, związane z ubraniami, żelazkami, golarkami, słuchawkami. Co wybrać, co promować, co odrzucić? Podejmowanie takich decyzji nie należy do najłatwiejszych zadań.

Blog może dostarczyć niesamowitych wrażeń i przygód. Jest w stanie otworzyć drzwi do kariery, zbliżyć do świata mody, dać możliwości ludziom niekoniecznie zamieszkującym ostatnie piętro nowojorskiego wieżowca. Potrzeba: pomysłowości, aparatu i dostępu do sieci. Potem można liczyć tylko na szczęście. I skoro blogowanie jest wirusem, to mi taki wirus wcale nie przeszkadza!

103 komentarze:

If you can't see your comment or my answers click 'Load more' :) / Jeśli nie widzicie wszystkich komentarzy albo moich odpowiedzi, kliknijcie w 'Load more' :)

9/11/11

in this room of darkness I ain't undercover



(ph.Julka Gnatowska/ wearing second-hand sweater, second-hand blouse, Cheap Monday jeans, Converse shoes, h&m bag)

I'm one of those people who keep their wardrobes clean for a very short time. Cleaning? Well, it happens rarely and when it does my parents can't believe it. So once for a few weeks I come across one thing that was somewhere there in my closet...My lovely jeans, welcome!


Jestem jedną z tych osób, które utrzymują porządek w swojej szafie przez BARDZO krótki czas, a sprzątanie w niej zdarza się tak rzadko, że zazwyczaj budzi wielkie zdziwienie i zaskoczenie obecnych w domu osób. Tak więc raz na kilka tygodni natrafiam na rzecz zapomnianą, zaniedbaną, upchniętą gdzieś między spodniami 3/4, a swetrami niewiadomego pochodzenia. Moje ukochane jeansy, które nie wiem jak, ale znalazły się w tej grupie, właśnie dostąpiły łaski ponownego noszenia ;) xx

132 komentarze:

If you can't see your comment or my answers click 'Load more' :) / Jeśli nie widzicie wszystkich komentarzy albo moich odpowiedzi, kliknijcie w 'Load more' :)

9/6/11

and I can tell just what you want


(ph.Julia Gnatowska/ wearing Zara coat, second-hand scarf, dress by my Grandma, h&m bag, Humanic shoes)


169 komentarze:

If you can't see your comment or my answers click 'Load more' :) / Jeśli nie widzicie wszystkich komentarzy albo moich odpowiedzi, kliknijcie w 'Load more' :)