5/26/13

SYRUP AND HONEY

 
(ph. Basia Zielińska/ wearing second-hand dress, second-hand shorts, Zara trench coat, SIX jewelery, Clarks shoes)
 
The title has absolutely no connections with my personal preferences because I hate anything that's sticky and I hate the taste of honey. It's just the song that I've been loving lately and playing on constant repeat (give me a week and I won't be able to stand it), which is perfect for such gloomy, rainy days we've been recently having in Cracow. Gloomy days always bring out the worst of myself cause the very first moment it started raining, I opened my computer and went hunting for a tv show that would keep me distracted from studying and that would totally destroy my social life. And the thing is, I don't watch TV shows at all (apart from New Girl but this is way more than just a TV show). I'm not the type of person who would sit an wait for the next episode every week. But this gloomy weather made me become addicted to Hart of Dixie to such an extend that I honestly enjoy subplots about wild animals, forests and healing wounds. And I don't mind watching alligators on the road and social life full of drama in Alabama. * I do really enjoy it.The world has come to an end. So what about you, does rain evokes the very mental version of yourself? Have a lovely week!
 
 Od razu mówię, że tytuł nie ma żadnego powiązania z moimi żywieniowymi preferencjami, bo syropów nie lubię, a smaku miodu to nawet nie toleruję. To tylko tytuł piosenki, którą ostatnio odtwarzam bez żadnej przerwy (tydzień minie, a zapewne nie będę mogła jej znieść), a która idealnie pasuje do brzydkich, deszczowych dni, które zawitały do Krakowa. Brzydkie, deszczowe dni wyciągają ze mnie to, co najgorsze. W momencie, w którym na zewnątrz zrobiło się ciemnej, otworzyłam komputer i zaczęłam poszukiwania serialu, który z powodzeniem mógłby oderwać mnie od nauki i skończyć z moim, i tak nie jakimś bujnym, życiem towarzyskim. A najlepsze w tym wszystkich jest to, że ja seriali nie oglądam (z wyjątkiem New Girl, ale to coś zdecydowanie więcej niż tylko tasiemiec telewizyjny). Nie siedzę i nie czekam co tydzień na nowy odcinek czegokolwiek. Ta brzydka, deszczowa pogoda sprawiła jednak, że uznałam historię o młodej lekarce z Nowego Jorku, która przyjeżdża na południe USA, za najlepszy sposób na zmarnotrawienie mojego czasu. Nie wiem, co się ze mną dzieje, ale naprawdę podobają mi się nawet wątki o zwierzętach w lesie, opatrywaniu ran, nie przeszkadzają mi aligatory chodzące po drodze, a życie towarzyskie w Alabamie okazało się być dużo bardziej skomplikowane, niż myślałam na początku.* Tak, moje życie umysłowe dobiegło końca. Ciekawa jestem, jak jest z Wami - czy "brzydka, deszczowa pogoda" też wywołuje u Was irracjonalne zachowanie? Miłego tygodnia!
 
* Two words - Lemon's outfits / Serial nazywa się Hart of Dixie, a jeśli po moim opisie, jeszcze się do niego nie przekonaliście, proponuję zobaczyć charakteryzację  jednej bohaterki.
 

 

161 komentarze:

If you can't see your comment or my answers click 'Load more' :) / Jeśli nie widzicie wszystkich komentarzy albo moich odpowiedzi, kliknijcie w 'Load more' :)

5/17/13

WROCŁAW

Just let me excuse myself for the first photo - I'm not sure what I was trying to achieve by doing such a face, it looks as of I was catching flies with my mouth but I swear, I was not. Last week, as I told you in the previous post, I went to Wroclaw (Polish city situated more or less three hours from Krakow) with my friend Paula for a two-day trip. I've been to a couple of Polish cities in my life but pretty much all of it took place when I was really little. So yes, I have been to Wroclaw before. But all my memories from this city end up with a vision of a huge car parking and some cars. That's weird and not a lot, you have to admit. So going there a couple of years later, I was expecting to see a few things more.

Musicie wybaczyć mi pierwsze zdjęcie - nie wiem dokładnie, co chciałam przekazać robiąc taką minę, wygląda to raczej jakbym łapała muchy buzią, ale daję słowo - nie robiłam tego. Tak jak pisałam w poprzednim poście, tydzień temu wybrałam się z Paulą na dwa dni do Wrocławia. W swoim życiu zwiedziłam kilka polskich miast, ale w większości przypadków to zwiedzanie miało miejsce w wieku, kiedy nie dosięgałam głową krawędzi stołu. Odwiedziłam więc już kiedyś Wrocław, ale moim jedynym wspomnieniem z tego miejsca był jakiś podziemny ogromny parking i dużo samochodów. Jadąc tam po kilku latach, miałam więc cichą nadzieję, na zobaczenie kilku rzeczy więcej.



If you are, just like me, a decent Disney lover and you act out the wood scene from Sleeping Beauty when no one's watching, there is one place in Wroclaw that you are simply obligated to see. A place where nitrogen is not 78 percent of air, because love takes its place. It's The Bridge of Love aka Tumski Bridge, situated a couple of minutes from the Market Square. Love bridges are quite popular here, in Poland, I know we have one in Krakow too, but this one in Wroclaw it's like made of cupcake - sweet to the limit. And you know, since I love puppies and fairytales I was super excited to see it.
 
Jeśli zdarza Wam się oglądnąć kilka bajek Disneya albo odgrywać scenę leśną ze Śpiącej Królewny, kiedy nikt nie patrzy, to jest jedno miejsce we Wrocławiu, które jesteście zobligowani zobaczyć. Miejsce, które łamie powszechnie znajome prawa; miejsce, w którym 78 procent powietrza nie zajmuje wcale azot, a opary miłości.  To Most Tumski (inaczej, jakże wymyślnie - Most Zakochanych). W Polsce, z tego co wiem, mamy takich mostów kilka, jeden nawet w Krakowie, ale ten wrocławski wygląda trochę jak z lukru. To zdecydowanie świetne miejsce do zobaczenia dla zwolenniczek szczeniąt i bajek - ja byłam wprost zachwycona.


If I was to give you an advice concerning looking for accommodation, I would give you one tip and one tip only - always check whether there's no huge club in the same building that you're staying in. I seriously was so proud of myself when I found a nice place to stay in Wroclaw in the Internet - the price was good, the location even better, it looked very modern, clean and simple. When I arrived, I was very pleased to see that what I expected this place to be was true. And then the night came. I out my head on my pillow, I closed my eyes and after a few minutes I heard the melody that definitely was not a lullaby. I opened my eyes and yep, somebody decided to enlightened my room in all neon colours. So there I was, sitting on the bed after 1 am and admiring violet, pink and blue lights dancing on my walls. Yes, the club was right opposite to the place I stayed in. The best night of my life ever.
 
Wszystkim wiadomo, że podróże kształcą, a Wrocław nauczył mnie jednej podstawowej zasady - zawsze sprawdzaj, czy twoje miejsce zakwaterowania oprócz dogodnej lokalizacji względem centrum nie oferuje także dogodnej lokalizacji względem huczącego i świecącego na wszystkie strony klubu. Byłam z siebie bardzo dumna, że udało mi się znaleźć w Internecie miejsce do spania - czyste (tak przynajmniej wyglądało na zdjęciach), położone blisko Rynku i w przyzwoitej cenie. Dumna byłam jeszcze bardziej po przyjeździe, kiedy okazało się, że wszystko to sprawdziło się w rzeczywistości. I wtedy nadeszła noc. Położyłam głowę na poduszce, zamknęłam oczy, a kilka minut później do moich uszu doszła melodia, która zdecydowanie utworem relaksacyjnym nie była. Ktoś najwyraźniej postanowił rozświetlić mój pokój neonowymi strużkami światła. I tak sobie właśnie siedziałam w środku nocy i oglądałam nad wyraz aktywne róże, fiolety i niebieskości na ścianie. Klub okazał się być dokładnie naprzeciwko. Spokojną noc miałam więc zagwarantowaną.

 
A market hall is a very specific place in each city that should never be underestimated. Take market hall in Jerusalem, in Rome - in my opinion, a 15- minute trip there gives you more overall image of a city than one hour of studying a guide. I decided to take a quick look at apples, tomatoes and oranges in Wroclaw as well. But once we got there a lovely old man saw us carrying our one billion cameras and he immediately told us about a place where we could see the whole market hall. So when I got bored with looking at tomatoes I raised my head and saw the vault that was simply spectacular.
 
Hala targowa czy ogólnie targ to jedno z tych specyficznych miejsc w mieście, które nigdy nie powinno być traktowane z lekceważeniem. Weźmy na przykład targ w Jerozolimie czy w Rzymie - do dzisiaj pamiętam wszystkie zapachy (w Jerozolimie akurat te przyjemne mieszały się na zmianę z tymi mniej przyjemnym), atmosferę, odgłosy. I będę chyba zawsze stała twardo na stanowisku, że pół godzinna wycieczka na targ w danym mieście może powiedzieć o nim więcej niż godzinne wnikliwe studiowanie przewodnika. Również we Wrocławiu zdecydowałam popatrzyć sobie na jabłka, pomidory i tym podobne. To nie im jednak potem się przyglądałam, bo jakiś miły pan, widząc nas objuczone aparatami, od razu wskazał miejsce, w którym zobaczyć halę będzie można w całej okazałości. Jeśli kogoś warzywa nie interesują, to może podnieść głowę w górę. Sklepienie robi duże wrażenie.
 
 
 
Here are a few snapshots from the Botanical Garden and Japanese one. / Kilka ujęć z przepięknego Ogrodu Botanicznego i Ogrodu Japońskiego.
 
 
Since more than half a year I've been on a mission of getting rid of my awkard shyness in the most common and normal situations. I'm totally not afraid of most of the things other people are definitely afraid of. But tell me to ask in the shop for a blouse size and I'll panic. I'll be standing there in the middle of the shop for half an hour preparing in my head the exact sentence I'm going to say and waiting for the right moment to approach the shop assistant. So as you can imagine, I was expecting  buying a ticket in a tram in a different city to be quite a stressful experience. And it was because it turned out that when it comes to the way of paying, the machine in tram accepts only cards. Wroclaw, are you insane? What about little kids, what about elderly people, what about me, for God's sake. I know that technical development is needed but come on, 'cards only'?
 
Od ponad pół roku uczestniczę w jednoosobowej, wymyślonej przeze mnie misji pozbywania się mojej żenującej i zastanawiającej nieśmiałości w sytuacji najbardziej zwyczajnych i normalnych. Tak to już jest, że nie boję się kompletnie wielu rzeczy, które innym spędzają sen z powiek. Niech mnie jednak ktoś poprosi, żebym spytała w sklepie o rozmiar danego ubrania, a wpadnę w panikę. Będę tak stała przyczajona przy tym ubraniu, przez pół godziny układając dokładnie co powiem i czekając na odpowiedni moment na zaczepienie pani ekspedientki. Jak więc możecie się domyślić, przeczuwałam, że kupienie biletu na tramwaj w obcym automacie (!), w obcym mieście (!!) z obcym menu (!!!) będzie przeżyciem bardzo stresującym. I nie myliłam się, bo jak się okazało, wrocławskie automaty w tramwajach akceptują tylko karty płatnicze. A co z biednymi małymi dziećmi, co ze staruszkami? Co ze mną? Rozumiem, że rozwój techniki to wartościowa i ważna sprawa, ale o słabszych trzeba czasem pomyśleć.
 
 

If during your trip to Poland a young random guy stops you on the street to give you high five and when three seconds later another guy puts a gun to your forehead, which turns out to be fake and everybody thinks it's the funniest joke on this planet, you probably were given the one and only opportunity to experience students' festival Juwenalia. There are masses of students on the streets, they shout and sing and are definitely not sober. Not my favourite thing to watch, I have to admit. And what's funny, this festival is said to be The Festival of Students' Culture. That shows how many various interpretations of one word we can possess.
 
Wycieczka do Wrocławia stanęła w 100% pod znakiem kultury. I to jakiej. Juwenalia to dla mnie prawdziwa zagadka. Tłumy przebranych ludzi, wszyscy krzyczą i śpiewają. Żaden tramwaj do zatrzymania i żaden trunek do wypicia studentowi nie straszny. Raz na jakiś czas dobrze też nabrać kogoś naiwnego (czyli mnie) i przystawić znienacka pistolet do głowy. Ogólnie rzecz biorąc, jak to w piosence - wolność i swoboda. Juwenalia, inaczej Festiwal Kultury Studenckiej, uświadamiają mi jedną rzecz - jak piękna jest mnogość interpretacji jednego słowa.
 
 
Aula Leopoldina in the Museum of Wrocław University / Barokowa Aula Leopoldyńska w Muzeum Uniwersytetu Wrocławskiego

 
I wanted to post this photo diary much earlier but this week has been crazy so far and from Monday to Thursday every time I wanted to finish this post, my eyelids protested and closed themselves. So, I hope you enjoyed it and I wish you a lovely weekend! See you soon!
 
I to chyba na tyle. W planach miałam opublikowanie tego postu dużo wcześniej, ale od poniedziałku do czwartku, kiedy tylko chciałam zacząć coś pisać, moje powieki protestowały i ciągle spadały. Bardzo miło wspominam Wrocław i myślę, że to nie ostatnia wizyta w tym mieście, tym bardziej, że jedyną rzeczą, której nie udało mi się zobaczyć było zoo. A ja zoo nie mogę, ot tak, przegapić. Miłego weekendu!

(ph. Weronika Załazińska, Paula Pietruszka)

PS I'll be answering your comments from the last post in a few minutes xx / Zaraz zabieram się za odpowiadanie na Wasze komentarze pod ostatnim postem :)
 

242 komentarze:

«Oldest   ‹Older     Newer›   Newest»
«Oldest ‹Older     Newer› Newest»

If you can't see your comment or my answers click 'Load more' :) / Jeśli nie widzicie wszystkich komentarzy albo moich odpowiedzi, kliknijcie w 'Load more' :)

5/12/13

EATING BANANAS


(ph. Paula Pietruszka/ wearing Olive Clothing skirt, House shirt, second-hand top, SIX bag and jewellery, h&m trainers)

I came back from Wroclaw two days ago and I have to tell you, everytime I'm back home from a journey, I realize how desperately I need to be on a constant "go". And it doesn't matter whether the place I'm going to is 3 hours by car from mine (just like Wroclaw is) or is four hours by plane away from my home. Journey is a journey and I kinda feel like a freaking diver whose oxygen tank is filled with travels (metaphore of the day, words of wisdom - mode on). Yesterday I told my Mum about the super cool vision of life that struck me when I was unpacking my stuff. Wouldn't be it the most amazing thing in the world to have your home as sort of a "base" and travel let's say, 5 days a week and then, come back for two days and after them, be on the go again? My Mum didn't aproove my idea but I'm telling you, this is how I want to live. And yes, it's barely possible that it happens but who knows, maybe one day I'll get married to a guy who would be a master of hunting for cheap tickets and we would go to Japan or Alaska in the middle of the week, we would eat bananas (they're cheap and tasty - I still haven't figured out from what we would have money, so that's my food choice), drink tap water only, take photos of everything, have a huge suitcase filled with cameras, lenses and computers, get to know the culture and enjoy our endless travels. And if I don't get married, it's not a big deal. I can still eat bananas and travel on my own. The only thing I would have a problem with is probably the suitcase - electronics weigh quite a lot.
W piątek wróciłam z Wrocławia i powiem Wam, że każdy powrót do domu uświadamia mi, jak desperacko potrzebuję być w ciągłym ruchu. I nieważne, czy miejsce, do którego się wybieram, jest oddalone trzy godziny samochodem od Krakowa czy cztery godziny samolotem - podróż to podróż. Wczoraj musiałam podzielić się z moją Mamą wielką wizją, która nawiedziła mnie podczas rozpakowywania torby. W tej wizji widzę swoje idealne życie. Pomyślcie tylko - podróżować po świecie, dajmy na to, pięć dni w tygodniu i wracać do swojego mieszkania - bazy na weekend, żeby zebrać siły na następny tydzień. Mama nie podzieliła mojego entuzjazmu i stwierdziła, że słabo jej się robi już w momencie, w którym o tym mówię. Być może ta wizja nie jest zbyt realna, ale z drugiej strony, kto wie? Może kiedyś wyjdę za mąż za kogoś, kto będzie mistrzem wyszukiwania tanich biletów lotniczych i będziemy latać na Alaskę albo do Japonii w środku tygodnia, jeść banany (są stosunkowo tanie, a na czymś trzeba by było zaoszczędzić - dalej nie wymyśliłam, skąd mielibyśmy pieniądze), pić wodę z kranu, dźwigać torbę wypełnioną aparatami, obiektywami i wszelką elektroniką, będziemy robić non stop zdjęcia, poznawać inne kultury i cieszyć się nieskończonymi podróżami? A jak nie wyjdę za mąż, to trudno. Jeść banany mogę sama, zwiedzać świat też. Jedynym problemem może być ta torba - elektronika sporo waży.


But for right now, I'm not in Alaska and I'm not drinking tap water, I'm in Krakow and it's time for me to come back on Earth. School year is slowly (extremely slowly) coming to the end and this means the most stressful period of the year. I hope I don't die whilst trying to do one billion things at the same time. Cross your fingers for me and I'll see you soon!
Teraz jednak nie jestem na Alasce i nie piję wody z kranu ani ze strumienia, jestem w Krakowie i czas najwyższy, żebym zeszła na ziemię. Rok szkolny powoli (a nawet bardzo) zbliża się ku końcowi, a to oznacza wkroczenie w najbardziej stresujący czas. I jak na złość właśnie teraz mam najwięcej materiału, który chcę Wam pokazać na blogu. Jeśli więc nagle zaginie o mnie słuch, to prawdopodobnie zginęłam podczas próby połączenia sześciuset rzeczy, o których nie mam za bardzo ochoty pisać w niedzielny poranek. Trzymajcie się ciepło i do zobaczenia!

178 komentarze:

If you can't see your comment or my answers click 'Load more' :) / Jeśli nie widzicie wszystkich komentarzy albo moich odpowiedzi, kliknijcie w 'Load more' :)

5/2/13

VARSITY JACKET
(ph. My Sister and Mum/ wearing House jacket, second-hand top, Bershka trousers, Keds shoes via eButy.pl)
Today I think it's high time I got a gold medal or some kind of award. Why? Because as I've told you in a couple of posts ago my intuitions when it comes to weather, taking photos and choosing a day for a 'photo shoot' is working SO WELL. Yesterday my inner procrastinator was telling me to stay at home and scroll down tumblres but since I'm really fighting with him at the moment (I'll tell you about it some other day), I ran to my grandma's house because a) to get rid of my inner procrastinator I need to show him that I'm so energetic I can walk without making a break for 5 minutes straight, b) my new 'weather intuition' made me feel worried about the next day. Tada! I woke up today and it felt like waking up in a cave - it's Dark and it's raining so bad. And you know, I'm very happy about my intuition and I'm very glad that finally something is working properly in my body but I think I'd be more pleased if my intuition was wrong, at least concerning days such as...the second day of spring break.
Myślę, że dzisiaj nadszedł ten dzień, kiedy dostaję złoty medal albo jakąś inną nagrodę. Dlaczego? A dlatego, że moja pogodowa/blogowa/wybierzdzieńnazdjęcia intuicja, o której mówiłam Wam kilka postów wcześniej, działa niewiarygodnie wyśmienicie. Weźmy na przykład dzień wczorajszy. Moje silne pragnienie ociągania się i nic nie robienia chciało, żebym została w domu i oddała się bardzo produktywnemu zajęciu w postaci przeglądaniu zdjęć z tumblre'a (a one, jak wiecie, nigdy się nie kończą), ale jako, że ja z tym pragnieniem ostatnio usilnie walczę, pobiegłam (no może aż tak energicznie nie było) do domu mojej babci. Uznałam, że w ramach walki pokażę, że mam tyle siły do życia, żeby iść pięć minut bez zatrzymywania się. Poza tym, moja nowo nabyta intuicja włączyła się w pewnym momencie i sprawiła, że nie byłam już taka pewna co do pogody w dniu następnym. Tada! Obudziłam się dzisiaj rano i poczułam się jak w jaskini. Ciemno, deszcz, burza. W sumie bardzo się cieszę, że wreszcie coś we mnie prawidłowo funkcjonuje, ale chyba jednak wolałabym, żeby ta intuicja myliła się przynajmniej co do takich dni jak...drugi dzień majówki.


194 komentarze:

If you can't see your comment or my answers click 'Load more' :) / Jeśli nie widzicie wszystkich komentarzy albo moich odpowiedzi, kliknijcie w 'Load more' :)